logotype
 
In a cooperative, all of us are responsible for everything.
J. M. Arizmendiarieta. Reflections. p.63

Autolustracja

Ryszard Stocki

Właśnie otrzymałem od swojego pracodawcy formularz dotyczący lustracji. Zważywszy na długi okres jaki przygotowywana i konsultowana była ustawa lustracyjna uznaję, że polskiej myśli prawniczej i polityków nie stać obecnie na lepszą, a ponieważ jestem za lustracją pozwalam sobie wypełnić obowiązkowe dokumenty uzupełniając je niniejszym tekstem. Sądząc po doświadczeniach wielu znanych osób, można było być pociągniętym do odpowiedzialności przez media nawet o tym nie wiedząc, lub mimo wcześniejszych wyjaśnień. W związku z podejmowanymi pracami w okresie studiów byłem kilkakrotnie wzywany na ul. Mogilską (prawdopodobnie przez Służbę Bezpieczeństwa). Z osobą z wywiadu wojskowego miałem kontakt w okresie służby wojskowej. Choć nie jestem osobą publiczną i nikt, poza moim pracodawcą ode mnie nie oczekuje wyjaśnień, uważam, że powinienem móc wyjaśnić jak te wszystkie zdarzenia wyglądają z mojego punktu widzenia. Generalnie uważam, że takie wyjaśnienia – czyli autolustracja jest rzeczą obowiązkową dla mojego pokolenia, choć mam dużą rezerwę i wątpliwości co do metod jakimi się to ostatnio robi. Taka spowiedź potrzebna jest zwłaszcza tym niezłomnym ludziom i ich rodzinom, którzy nigdy się wciągnąć nie dali, często oddając za to swoje życie lub narażając zdrowie. Jeśli zrównamy wszystkich, bohaterowie pozostaną w cieniu.
 
Wyjaśnienia te pewnie będą miały znikome znaczenie dla procesu lustracji, ale wydaje mi się, że są potrzebne moim studentom i moim dzieciom, po pierwsze, aby pokazać z jakiego zagmatwania wychodzi moje pokolenie, jak bezsensowne są niektóre oskarżenia pod adresem wielu osób. Po drugie, rozumiem, że dla wielu osób może to być ważne potwierdzenie, czy można mi zaufać, a ponieważ plotki rozsiewają się szybko, lepiej w mojej sytuacji – kontaktu z tymi służbami, wyjaśnić wszystko na samym początku. Planuje ten tekst umieścić na swojej stronie internetowej, dla wszystkich zainteresowanych. Mam nadzieję, że w ten sposób uda mi się uniknąć ewentualnych przykrości i pomówień.
 
Zacznę od tego, że trudno było wyjść z komunizmu choć trochę nie będąc pobrudzonym złem, które miało wtedy miejsce. Pozwolę sobie prześledzić wszystkie ważne zdarzenia, o których pamiętam związane pośrednio lub bezpośrednio w tymi służbami.

Wyjazd do Kanady – wakacje 1977

Trudno zrozumieć cały proces perfidii, która kryła się za działaniem służby bezpieczeństwa, bez zrozumienia, swoistego uwięzienia jakiemu poddani byli wszyscy Polacy i wynikającego stąd faktu że wyjazd za granicę był rzeczą wyjątkową. Ktoś, kto żył cały czas w wolnej Polsce nie skojarzy rannego śpiewu ptaków z pójściem po paszport, a moje pokolenie wie, że aby dostać paszport trzeba było wstać ok. 3 nad ranem, aby mieć pewność, że zdąży się przed zamknięciem biura. Ja idąc o świcie po mieście zawsze o tym myślę. Ktoś kto ma paszport w domu nie zrozumie raczej sytuacji w której paszport jest mu dany tylko na czas wyjazdu, a zaraz po przyjeździe musi go z powrotem zdeponować w biurze paszportowym. Każdorazowe staranie się o paszport i deponowanie go było okazją do rozmowy z przedstawicielem aparatu represji. Niejednokrotnie, jeśli wyjazd miał charakter służbowy związane było z podpisaniem swoistego rodzaju lojalki, że nie będzie się prowadzić działań przeciwko PRL lub będzie się o takich działaniach informować. Nie pamiętam, czy kiedy miałem 17 lat takie zobowiązanie podpisywałem, natomiast z pewnością fakt posiadania bliskiej rodziny (brata ojca) w Kanadzie był przedmiotem zainteresowania służb, a mój wyjazd był odnotowany w mojej kartotece, gdyż w późniejszych rozmowach do tego wyjazdu oficerowie SB się odwoływali.

Życie w komunizmie (1978-1981)

Komuna na różne dziwne sposoby wchodziła w życie ludzi. W szkole uczyliśmy się wierszyków o Leninie i nie pamiętam, aby ktoś zaprotestował. Komunizm był czymś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości. Ludzie uczestniczyli w obchodach 1-go maja, akademiach, trochę biorąc je w nawias, trochę traktując jako spotkanie towarzyskie. Pamiętam słuchanie w domu radia Wolna Europa, ale mimo to nie mam poczucia, że wiedza mojej rodziny o perfidii komunizmu była duża. Mój ojciec w latach 40tych zapisał się do partii, ale już po roku został z niej wyrzucony. Przynależność partyjna w naszym domu była uznawana za zdradę, ale chyba przede wszystkim wobec Boga i Kościoła. Ze zdarzeń kuriozalnych pamiętam jak bodaj w roku 1978 będąc w liceum, pomyliłem sobie, racjonalistów z racjonalizatorami. Ponieważ byłem zawsze zainteresowany techniką i nawet planowałem iść do technikum, kiedy powstało w liceum koło młodych racjonalistów, ochoczo się do niego zapisałem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy na pierwsze spotkanie zaproszony został pierwszy sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej (POP) PZPR w naszej szkole. Trudno mi się chyba dziwić, że racjonalizm kojarzy mi się od tej pory z komunizmem. Nie było jednak w mojej szkole żadnych nacisków na zapisywanie się do tego koła, czy innych organizacji młodzieżowych. Naciski na udział w pochodach pierwszomajowych były takie, że nasza wychowawczyni deklamowała tekst o nieodpowiedzialności przejawiającej się w unikaniu chodzenia na pochody, ale mimo, że nigdy na żadnym pochodzie nie byłem nie spotkała mnie z tego tytułu żadna przykrość. Wydaje się, więc, że dużo zależało od szkoły i jej dyrektora. Wybór Karola Wojtyły i późniejsze powstanie „Solidarności” zdawało się kończyć ten okres alternatywnej rzeczywistości, swoistej schizofrenii - dwójmyślenia. Pamiętam, jak pełen entuzjazmu postanowiłem się zapisać do Niezależnego Zrzeszenia Studentów, deklarującego się jako apolityczne, które miało swoją siedzibę na 3 piętrze na ul. Gołębiej. Pamiętam jak idąc na górę i czytając plakaty i ogłoszenia – jak najbardziej polityczne, po dojściu do drzwi, gdzie mógłbym się zapisać zrezygnowałem z tego. Dostrzegłem nagle, że NZS nie różni się w istocie od komunistów – to znaczy co innego mówi, a co innego robi. Wobec władz uchodzi za stowarzyszenie studentów nie posiadające orientacji politycznej, ale w rzeczywistości jest jakbyśmy dziś powiedzieli – „młodzieżówką” „Solidarności”. Zresztą podobny błąd ontologiczny tkwił wg mnie w „Solidarności”, która będąc ruchem społecznej odnowy podawała się za związek zawodowy. W 1980 roku, bardziej mi się podobała Konfederacja Polski Niepodległej, bo mówiła o co jej chodzi i to robiła. Można powiedzieć, że dopiero KPN negowała cały porządek czyli mówiła i robiła to, o czym myśleli i chcieli wszyscy. KPN prowadziła walkę z komunizmem na swoim polu. „Solidarność” i NZS przyjęli warunki brzegowe komunistów i prowadzili wojnę na zasadzie dwójmyślenia. Zresztą potem jako doradca „Solidarności” miałem okazje się przekonać o kosztach tego pomysłu. Która z metod byłaby skuteczniejsza – nie wiem. Wiem tylko, że zapewne gdyby od początku przyjąć model otwartej walki, dzisiaj nie musielibyśmy się wszyscy lustrować. Dlaczego nie zapisałem się do KPN-u? Pamiętam, że z kolegą studiowaliśmy statut, już o tym myśleliśmy, ale chyba zabrakło nam wtedy odwagi. Była to w końcu organizacja nielegalna, za przynależność do niej groziło więzienie.

Grudzień 1981 - czerwiec 1983

10 grudnia wraz ze znajomymi z roku wybraliśmy się w góry do bacówki pod Turbaczem. Byliśmy tam bez prądu, radia, telewizji. Wracać mieliśmy w niedzielę wieczorem. Kiedy wsiedliśmy do pociągu w Nowym Targu, nic nie wiedzieliśmy o tym co się stało. Mimo naszego głośnego i zabawowego zachowania w pociągu nikt nam o tym nie powiedział. Pamiętam, że wysiedliśmy na dworcu w Płaszowie i czekaliśmy na przystanku tramwajowym, kiedy ktoś przechodzący nam powiedział, że nic nie pojedzie bo jest stan wojenny. Doszliśmy do pierwszego słupa ogłoszeniowego i zamarli. Zupełnie nie wiedzieliśmy co się stało. Następne dni i tygodnie, kiedy zostały odwołane zajęcia, spędziłem pomagając prof. Krzysztofowicz w niesieniu pomocy rodzinom internowanych. Moja praca polegała na roznoszeniu paczek z żywnością pod wskazane adresy. Załatwianie jakichś sprawunków dla tych rodzin. Była to pomoc organizowana przez Kościół. Poza uczestniczeniem od czasu do czasu w Mszach Sw. Za Ojczyznę w kościele w Mistrzejowicach i sprzedawaniem książek z drugiego obiegu, co było okazją też do kupienia ich dla siebie, skupiony byłem na studiach i dorabianiu sobie wieczorami na udzielaniu prywatnych lekcji angielskiego. Będąc studentem anglistyki, myślałem też o wyjeździe do Anglii, ale trzeba było mieć na to odpowiednią gotówkę na podróż oraz zaproszenie z Anglii. Mimo prób nie udało mi się spełnić obu warunków naraz, dlatego starałem się w inny sposób nawiązać kontakt z ludźmi mówiącymi po angielsku, aby potwierdzić praktycznie swoją znajomość angielskiego. Właściwie wszystkie moje przygody z Służbą Bezpieczeństwa wiążą się z tą chęcią kontaktu z obcokrajowcami.

II Pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny – czerwiec 1983 

Przyjazd Ojca Świętego tuż pod koniec stanu wojennego był wydarzeniem historycznym, nic więc dziwnego, że kiedy usłyszałem, że poszukiwane są osoby, które mogłyby pomóc przy organizacji Centrum Prasowego, natychmiast się udałem na spotkanie organizacyjne i wciągnąłem się do obsługi biura prasowego. Mieliśmy być przewodnikami, asystentami, tłumaczami dziennikarzy, którzy licznie mieli przybyć na spotkanie na Błoniach w Krakowie i w Mistrzejowicach. Nie wiedzieliśmy, że praca w centrum będzie związana z wezwaniem na spotkanie na Mogilską. Tam dowiedziałem się, że moim rozmówcą jest oficer Kontrwywiadu, a nie Służby Bezpieczeństwa, choć w żaden sposób nie mogłem tego sprawdzić. Generalnie rozmowa sprowadzała się do troski o życie Papieża, a ja mam tylko zdeklarować, że będę informował o wszystkim, co bym zauważył, co mogłoby temu życiu zagrozić. Jako argument przywoływana była moja niezwykła znajomość angielskiego, która wynikała z mojego pobytu w Kanadzie. Co oznaczało, że kartoteka „paszportowa” była wykorzystywana do wciągania do SB. Oczywiście nie widziałem w tym nic złego, że w trakcie pobytu Ojca Św. w Krakowie spotkam się gdzieś na mieście z tymże oficerem, żeby powiedzieć czy czegoś nie zauważyłem, co zagrażałoby Ojcu Świętemu. Tyle tylko, że po uzyskaniu mojej zgody, oficer podsunął mi gotowy druczek, który całkowicie przeczył temu co było ustalone. Na druczku była treść w rodzaju, że „Niniejszym zgadzam się współpracować ze Służba Bezpieczeństwa w celu obrony socjalizmu i dobra PRL-u, itd…” czyli regularna lojalka. Na moją uwagę, że to coś zupełnie innego niż to o czym mówiliśmy, oficer odpowiedział, żebym się nie wygłupiał, bo on ma tylko takie druki, ale wiadomo, że tu chodzi o Papieża. Piszę o tym, bo w dobie maszyn do pisania i braku powszechnych drukarek, „druczek” to była swoista świętość. Myślę, że wiele osób mogło się na ten argument, braku właściwego druczka w podobnych sytuacjach nabrać. Ponieważ miałem wstręt do podwójnej rzeczywistości, nie zgodziłem się na podpisanie druczka, wprowadzając mojego rozmówcę w poirytowanie (pewnie udawane). W końcu stanęło na tym, że napiszę sam pismo o treści odpowiadającej ustaleniom, ale zastrzegłem, aby także to pismo zostało mi oddane, kiedy wyjedzie Papież.
W trakcie pobytu Papieża miałem prace zupełnie nieistotne, było nas zatrudnionych dużo więcej niż wymagała tego obsługa centrum, Korzystałem jednak z identyfikatora i możliwości swobodnego poruszania się i bycia blisko Papieża. Pamiętam, że raz lub dwa spotkałem się w kawiarni w Sukiennicach na herbacie z oficerem. Pamiętam, że oferował mi zapłatę za moje usługi, czemu zdecydowanie odmówiłem. Oczywiście nie zauważyłem żadnego spisku na życie Papieża, więc niewiele miałem do powiedzenia. Widziałem go też w hotelu Cracovia, lezącym koło kina Kijów, w którym było centrum prasowe. Przy innych nie przyznawał się jednak do nikogo. Co też było dziwne, bo skoro chodziło o bezpieczeństwo to jest oczywiste, że można ze sobą rozmawiać. Cała przygoda skończyła się na podwórku jakiejś kamienicy na Małym Rynku, na który ów oficer przyniósł mi moje pismo. Dał mi do ręki z pytaniem, czy to jest to co napisałem, powiedziałem, że tak. Po czym wziął je ode mnie i na moich oczach spalił. Kiedy już spopielona kartka leżała na ziemi powiedział tylko, że oni mają takie metody śledcze, że nawet tę spopieloną kartkę mogliby odtworzyć i przeczytać. I tak minęło moje pierwsze spotkanie z SB. Jednak moja chęć kontaktowania się z obcokrajowcami, zawiodła mnie do kolejnych spotkań.

Praca w Szkole Letniej Kultury i Języka Polskiego UJ

Kolejnym miejscem, gdzie miałem mieć osobisty kontakt z SB była moja praca w charakterze pilota jednej z grup Szkoły Letniej. Wśród różnorodnych obowiązków dostałem zadanie pilotowania grupy uczestników Szkoły w ich wyjeździe do Gdańska. Oczywiście celem ukrytym było zobaczenie Stoczni, która była już wtedy symbolem także za granicą. Cała wycieczka odbyła się bez większych ekscesów, poza tym, że jadący zresztą w moim przedziale starszy Amerykanin polskiego pochodzenia całą drogę jak tylko zrobiło się jasno filmował przez okno podróż. Kamerę miał zawiniętą w sweter i przyznam, że było to zachowanie dość dziwne. Myślę, że chciał pokazać Polskę rodzinie. Na nasze nieszczęście, musiał zostać dostrzeżony przez jakiegoś dróżnika i spowodowało to zatrzymanie całego pociągu i rozpoczęcie dochodzenia. Po zatrzymaniu pociągu zostałem poproszony na krótką rozmowę, która miała później być kontynuowana na Mogilskiej w Krakowie. Ponieważ moją rolą jako pilota było opiekowanie się grupą, a nie opiekowanie się Służbą Bezpieczeństwa, powiedziałem, że spałem i nie wiem o co chodzi i co się stało, a nikogo filmującego nie widziałem. Niestety, zeznania te o ile sobie dobrze przypominam musiałem złożyć jeszcze raz podpisując je, kiedy zostałem zabrany samochodem milicyjnym z dworca na Mogilską. Całe wydarzenie na tym się skończyło.
Praca w Szkole Letniej UJ przez 3 lata, rzeczywiście dała możliwość poznania wielu wspaniałych ludzi, zainteresowanych Polską i polską kulturą. Większość z nich nie miała żadnych korzeni w Polsce, po prostu przyjechali, aby poznać Polskę. Wiele z tych przyjaźni trwało przez lata, a niektóre trwają do dziś. Właśnie kontakty z absolwentami Szkoły Letniej i studentami Instytutu Badań Polonijnych doprowadziły do najpoważniejszej przygody z SB.

3 maja 1986

Osoby, które połknęły bakcyla poznawania polskiej kultury, zaczynały często studiować w Instytucie Badań Polonijnych już w ramach całorocznego programu. Z kilkoma takimi osobami. Jednym Belgiem i dwiema Niemkami utrzymywałem przyjazne stosunki i namówiłem ich, abyśmy razem poszli na obchody święta 3 go maja na Wawel. W dniu tym po Mszy na Wawelu formował się pochód, który następnie szedł do Grobu Nieznanego Żołnierza. Był to rodzaj manifestacji. Moi zagraniczni koledzy zrobili ten błąd, że nie dość konspiracyjnie robili zdjęcia i całą naszą grupkę zlokalizowali SB-cy i zaprowadzili do stojących na plantach radiowozów. Poza długimi oczekiwaniami w celach, spacernikach i korytarzach, przy ogromnym tłumie aresztowanych, najistotniejsze były wielogodzinne przesłuchania, w czasie których byłem namawiany do współpracy. To co istotne to możliwości jakie mi rysowano – stypendia w Oxfordzie, wyjazdy zagraniczne, itd. Przyznam, że czytałem wtedy „Małego Konspiratora” i wiedziałem, że nie należy w ogóle rozmawiać z SBekami, ale uznałem, że zagram takiego, co w ogóle nie wie o czymś takim jak mały konspirator. Tym bardziej, że w rozmowach, oprócz mojej wizyty w Kanadzie, nie pojawiły się żadne wątki związane z tym co robiłem. Ani nie wiedzieli o mojej pomocy internowanym w Kurii, ani o rozprowadzaniu bibuły. Mogłem więc uchodzić za całkowicie niepolitycznego. Po tych męczących godzinach znów o ile się nie mylę podpisałem jakiś protokół przesłuchania i zostałem skierowany do aresztu w Nowej Hucie. Tam spędziłem resztę z 48 godzin nabywając niechęci do wszelkiego rodzaju kratek. Po wyjściu dowiedziałem się, że doszło do wybuchu w Czarnobylu.

Służba wojskowa wrzesień 1987-sierpień 1988

Do służby wojskowej zostałem powołany na rok jako absolwent studiów. Już wtedy byłem asystentem w Instytucie Psychologii UJ w właśnie powołanym zespole badawczym dr. Edwarda Nęcki. Po przyjściu do jednostki w trakcie wywiadu z oficerem politycznym w Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, zostałem zapytany czy mam jakieś zastrzeżenia co do służby wojskowej lub treści przysięgi. Przyznam, że w tym momencie pozwoliłem się wprowadzić w podwójną rzeczywistość, gdyż powiedziałem, że nie mam. Po trzech miesiącach szkoły podchorążych rezerwy, stałem na placu apelowym i trzymając rękę podniesioną do góry, nie wydając głosu ślubowałem obronę Ojczyzny w sojuszu z bratnimi armiami Układu Warszawskiego. Ta przysięga nie była złożona pod przymusem. Gdybym jej nie złożył po prostu skończyłbym tak jak moi rówieśnicy, którzy odmówili, w dwuletniej służbie zasadniczej. Oznaczało to pozostawienie mojej narzeczonej, z którą już wzięliśmy ślub cywilny na rok dłużej. Nie byłem na to jeszcze wtedy gotowy mentalnie, teraz tego żałuję i chyba to jest jedyna rzecz, której powinienem się wstydzić z okresu komunizmu. Po przysiędze trafiłem do Szkoły Lotniczej w Dęblinie, gdzie miałem odbyć resztę służby wojskowej. Niestety nie wróciłem z przepustki na głosowanie referendalne w dniu 29 listopada 1987, w sprawie reform gospodarczych.
Później się okazało, że cała komisja referendalna (składająca się z oficerów szkoły, w tym z mojego dowódcy) przeze mnie musiała czekać do wieczora, bo cała Szkoła zagłosowała do południa. Jako tzw. podpadziocha zostałem przeniesiony do Grójca do jednostki Wojsk Obrony Powietrznej Kraju, gdzie miałem uczyć języka angielskiego. Była to dziwna jednostka zajmująca się głównie podsłuchiwaniem. Były tam pokoiki w których żołnierze słuchali na okrągło Radia Wolna Europa, inni wykonywali inne skomplikowane nasłuchy i obsługiwali radary. W tej jednostce poznałem całkiem sensownego majora, z którym od czasu do czasu wypijaliśmy filiżankę herbaty. Był on wielkim koneserem tego napoju. Odwiedziłem go nawet raz w domu. Później dowiedziałem się, że oficer ów jest oficerem wywiadu wojskowego. Dzisiaj nie mam pewności czy kontakt ze mną traktował jako kontakt operacyjny, czy koleżeński. To co mnie jedynie zastanowiło, to fakt, że po pierwsze nie awansowałem – pozostałem starszym kapralem podchorążym do końca służby, po drugie, że prawdopodobnie ktoś przeszukiwał pod moja nieobecność moje rzeczy, gdyż któregoś dnia usłyszałem od tego znajomego: „Wydaje mi się, że pan tu szykuje dla nas pershinga, co?” A rzeczywiście miałem małe pudełeczko, w którym notowałem sobie pojęcia z języka wojskowego, w końcu byłem pracownikiem naukowym UJ, jak nie skorzystać z takiej okazji do badań. Już wtedy postanowiłem napisać książkę o subkulturze wojskowej. Było to coś, co pozwoliłoby mi zmyć poczucie winy i dania wciągnięcia się, przez fikcyjna przysięgę w flirt z podwójna rzeczywistością. I rzeczywiście w kilka miesięcy po zakończeniu służby książka była gotowa, przyjęta entuzjastycznie przez Tomasza Jastruna i Pawła Śpiewaka z ResPubliki. Z wojska wyszedłem w sierpniu 1988 roku. A już za niecały rok miały się odbyć pierwsze półwolne wybory, ale to już osobna historia.